REKLAMA

Dobry projekt to połowa sukcesu - rozmowa z Grzegorzem Dżusem

Redakcja Archiconnect.pl | 22 marz 2018 10:55 0

O fascynacji, wyzwaniach, pasji do projektowania i o tym, na co architekt musi przeznaczać swoją energię rozmawiamy z Grzegorzem Dżusem, współzałożycielem i współwłaścicielem pracowni Dżus GK Architekci z Olsztyna.

Archiconnect.pl: Pańska pracownia ma na swoim koncie zarówno adaptacje i rewitalizacje obiektów zabytkowych, jak również projekty inwestycji „od podstaw”, np. Centrum Sportowo-Rekreacyjne w Olsztynie. Co przesądza o tym, że decydujecie się wejść w dany projekt?

Grzegorz Dżus (Dżus GK Architekci): Często zafascynowanie samym tematem projektowym. Spotykając się z inwestorem po raz pierwszy, dostajemy temat i albo czujemy, że to rzecz niezwykła i jest ta fascynacja, albo nie. Jeśli jest, zdarza nam się zejść z honorarium albo wziąć temat, mimo że mamy akurat dużo innych zleceń. Jeżeli to jest temat niesamowity, który będzie dla nas rodzajem przygody przez najbliższy rok czy dwa, to z reguły podejmujemy wyzwanie. Musimy jednak mieć wsparcie ze strony inwestora. Czasem, choć dzieje się to rzadko, gdy stwierdzamy, że nie ma tej wspólnej nici porozumienia z inwestorem temat – mówiąc kolokwialnie – odpuszczamy. Nawet w trakcie realizacji projektu. Praca w życiu każdego z nas, zajmuje tak dużo czasu, że musi jej towarzyszyć pasja i jeżeli ma być efektywna, również satysfakcja.

Jesteśmy przyzwyczajeni, że w naszych realiach droga od pomysłu przez projekt aż do jego realizacji, bywa drogą przez mękę. Mówię tu o biurokracji, o prawodawstwie czy podejściu niektórych urzędów… Zdarzało nam się, że mieliśmy temat, przy którym ze względu na różnego rodzaju uwarunkowania konserwatorskie czy planistyczne, pracowaliśmy przez pięć lat. Wracaliśmy do tego samego projektu dwu-, a nawet trzykrotnie i jeżeli takiej sytuacji towarzyszy fascynacja tematem i zrozumienie ze strony inwestora, to wszystko w porządku. Natomiast jeśli okazuje się, że brak tego porozumienia, a druga strona nie jest partnerem, to szkoda energii i naszego zdrowia. Warto wtedy powiedzieć „nie” i wycofać się, aby nie firmować swoim nazwiskiem czegoś, z czym się nie zgadzamy albo o czym wiemy, że jest nieporozumieniem.

Niektórzy projektanci twierdzą, że najważniejsze jest dla nich wyzwanie i że pokonywanie ograniczeń stanowi sprawdzian ich umiejętności. Dlatego angażują się w trudne projekty. Wydaje mi się, że adaptacje obiektów zabytkowych stanowią większe wyzwanie dla architekta. Jak Pan do tego podchodzi?

Oczywiście, rozwiązanie problemu wynikającego z ograniczeń i barier, jakie nakłada sama substancja obiektu, to jest frajda. Miewamy takie sytuacje, kiedy już w trakcie budowy okazuje się, że to, co zaprojektowaliśmy jest niewykonalne, ponieważ po zejściu z robotami kilka metrów pod ziemię natrafiamy na relikty, których istnienia nikt nie podejrzewał. Siadamy wówczas jeszcze raz do projektu, jak do swego rodzaju krzyżówki i zdarza nam się poświęcić na drobny z pozoru detal bardzo dużo czasu. I to jest wyzwanie. Rozwiązanie takiej łamigłówki daje zawsze ogromną satysfakcję.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, że w naszych polskich realiach zbyt dużo energii projektantów pochłania to, co w ogólnym rozrachunku okazuje się bez znaczenia. Nie wystarczy rozwiązać podczas realizacji skomplikowany problem, bo potem przychodzi czas, gdy miesiącami musimy zdobywać stosowne decyzje, uzgodnienia… Miesiącami udowadniać poszczególnym urzędom zgodność z prawodawstwem i że to, co zaprojektowałem ma sens i jest wykonalne. Bo przecież nie da się przewidzieć wszystkiego na etapie przetargu, gdy mamy do czynienia z obiektem średniowiecznym. Jedyne co jest pewne to fakt, że czekają nas niespodzianki, na które będziemy musieli błyskawicznie reagować, bo tam na budowie jest setka ludzi, która nie będzie czekać, bo pogoda itd. Czas na papierologię przychodzi później.

A to pochłania niepotrzebną energię. Jednak zawsze, kiedy dostajemy trudny temat albo gdy inwestor przekonuje nas, że tylko my możemy coś zrobić, wtedy oczywiście próbujemy się zmierzyć z takim wyzwaniem. Jestem całkowicie przekonany, że nawet gdybym nie musiał się zajmować projektowaniem zawodowo, i tak chciałbym to robić.

Jesteście niewielką pracownią, ale z dużym doświadczeniem i nie byle jakim dorobkiem...

Jesteśmy teraz w takim szczęśliwym okresie, że możemy robić rzeczy, które dają nam satysfakcję. Mamy ten komfort, że możemy decydować, których projektów się podejmiemy. To bardzo ważne, ponieważ zawsze bardzo mi przeszkadza, kiedy uświadomię sobie, że straciłem czas na coś niepotrzebnego. W tej chwili na przykład projektujemy adaptację średniowiecznego klasztoru. Bardzo skomplikowany temat, z niezwykłą historią i masą problemów projektowych, które jak sądzę zdołaliśmy rozwiązać i zablokowaliśmy się na etapie banalnego uzgodnienia. Inwestycja nie może wystartować, ponieważ trzecia już z rzędu osoba po raz kolejny rozpatruje sprawę. Muszę w tym uczestniczyć, jeździć, udowadniać, przekonywać, interweniować, dzwonić. I to jest strata czasu. Gdybym ten czas poświęcił na projektowanie, pewnie moglibyśmy zrealizować kolejny temat. Pracowałem kilkukrotnie na Zachodzie i wydaje mi się że proces inwestycyjny jest tam znacznie lepiej poukładany, a co najistotniejsze, zdecydowanie większym zaufaniem darzy się projektantów. Tam oświadczenie architekta coś znaczy. W Polsce, dobry projekt to dopiero połowa sukcesu. Przeprowadzenie go przez procedurę przetargową, później przeprowadzenie samej inwestycji, uzgodnienie wszystkiego... stanowi prawdziwe wyzwanie.

Co by Pan w takim razie radził młodym architektom, którzy dopiero stawiają swoje pierwsze kroki w zawodzie. Czy jednak tracić energię i bić się o swoje pomysły, udowadniać?

Naturalnie tak. Jeśli chcemy zrobić coś naprawdę dobrze, jesteśmy do czegoś przekonani i podchodzimy do swojej pracy uczciwie, poświęcając czas i energię – nie ma innej możliwości. Jeżeli chcemy nie tylko wykonać dokumentację techniczną, ale naprawdę zaprojektować obiekt, trzeba walczyć o swoje pomysły.

I to jest klucz do sukcesu?

Tak, bo jestem przekonany, że to się później czuje i widzi, ile energii poświęcono pracy nad danym projektem. Może się okazać, że w ostatecznym rozrachunku wszystkie dotychczasowe pomysły wyrzucimy do kosza i sprowadzimy coś do bardzo prostej formy, ale jednak przepracowanie tego tematu i poświęcenie mu czasu zawsze ma sens. To po prostu widać.

Najbardziej nagradzaną realizacją Pana pracowni jest Hotel Krasicki w Lidzbarku Warmińskim. Czy widać w nim tę energię, czas i wysiłek, o którym Pan mówi?

Możliwe, dla nas to już jest prehistoria, bo to jest temat sprzed wielu lat. Mam w dorobku projekty, w które włożyliśmy nie mniej pracy, a które później nie były nigdzie nagradzane. Nagrody to nie wszystko. Natomiast jeżeli chodzi o Lidzbark… Jedynie ktoś, kto dokładnie pozna historię tego projektu, kto znał obiekt przed adaptacją, zna zakulisowe rozgrywki otoczenia i wie co zrobiliśmy, jest w stanie docenić naszą pracę. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to projekt jak każdy inny. Ostateczny efekt, widziany oczyma gościa hotelu, czyli to, czy pokoje są wygodne czy nie, zupełnie nie oddaje jego istoty.

Kiedy uświadomimy sobie, że naszym założeniem było to, aby w istniejącym średniowiecznym obiekcie dwukrotnie zwiększyć kubaturę – a tak naprawdę mieliśmy obiekt historyczny, który nie mógł być rozbudowywany – to było wyzwanie. Zeszliśmy z częścią funkcji pod ziemię, poniżej poziomu dwóch rzek, które przelewają się pod obiektem. Kiedy wykonaliśmy koncepcję projektu, stwierdzono, że jest ona niewykonalna. Komisja za komisją udowadnialiśmy, że jest inaczej. Wreszcie jakaś mądra głowa pochyliła się nad naszą koncepcją i orzekła: „tak, to jest bardzo trudne, ale wykonalne”. Wcześniej twierdzono, że ze względu na uwarunkowania geologiczne projekt nie ma szans powodzenia i przedzamcze „musi się złożyć”. Tego nie widać gołym okiem.

Państwa pracownia zajmuje się też projektowaniem wnętrz. Jak to się ma do tworzenia budynków kubaturowych? Czy wnętrza są uzupełnieniem, dopełnieniem?

Wnętrza zawsze są kontynuacją. Dla nas to jest jeden i ten sam obiekt. Nie wyobrażam sobie, że projektujemy wnętrze, nie wiedząc co jest za oknem, nie znając architektury budynku i jego historii. To wszystko ma znaczenie. Kiedy wchodzimy do wnętrza, które jest nawet świetnie zaprojektowane, natomiast nie koresponduje z tym, co jest za ścianą czy za oknem, zawsze następuje jakiś zgrzyt. To może być nawet świadomy kontrast, ale zawsze musi być przemyślany i osadzony w realiach. Dlatego, projektując obiekt od razu myślimy też o wnętrzach. Nie jesteśmy oczywiście skoncentrowani tylko na nich, ale od początku pracujemy nad jego układem funkcjonalnym, na co chcemy go otworzyć, jaki ma być widok z okna itp. Zawsze patrzymy na obiekt jak na całość i tak też o nim myślimy. Inaczej byłby to rodzaj takiej teatralnej dekoratorni. Nie wystarczy „dobrać ładną tapetę czy glazurę”. To za mało. Nie zdarzyło się chyba, żeby ktoś przejmował po nas obiekt i projektował wnętrza i nigdy nie traktowaliśmy tego jako odrębnej specyfiki.

A trendy? Czy poddajecie się im?

Siłą rzeczy obserwujemy trendy. Przed tym nie da się uciec. Nie można jednak zaprojektować wnętrza, kierując się tylko aktualnymi trendami, ponieważ one wciąż się zmieniają, a obiekt zostaje. Coś, co dziś wyda nam się piękne, za jakiś czas stanie się zwyczajne. Przyjdzie coś nowego, co będzie budzić zachwyt. Dlatego zawsze podstawą jest gruntowna analiza. Zastanawiamy się nad architekturą budynku, jaka ma pełnić funkcję, nad historią miejsca. To stanowi punkt wyjścia, nie trendy.

A jakby Pan ocenił obecny poziom architektury w Polsce, poziom architektów i świadomości inwestorów? Jak zmienił się on na przestrzeni tych ponad 20 lat, od kiedy działa Pan na rynku?

Wydaje mi się, że pomimo naszych oczywistych mankamentów, takich jak choćby nieporównywalne budżety przeznaczane na inwestycje, nasza architektura i stosowane rozwiązania nie odbiegają od zachodnich standardów. Problemem naszego kraju nie jest to, co robią architekci, ale raczej to, czego nie mogą robić. Nasz wpływ na przestrzeń jest przeceniany. Nad wieloma aspektami naszej przestrzeni bylibyśmy w stanie zapanować, ale nie mamy takiej możliwości. Gros rzeczy dzieje się poza nami. W regionie, w którym działamy są gminy, gdzie 90% powstającej zabudowy, jeśli chodzi o domy jednorodzinne i mniejsze obiekty kubaturowe, jest projektowana przez ludzi, niebędących architektami. Projektują je technicy, inżynierowie budownictwa itd. To mogą być świetni fachowcy w swoich branżach, ludzie pracowici i zaangażowani, ale tu chodzi o coś innego. By zająć się kształtowaniem przestrzeni, młoda osoba aspirująca do zawodu architekta przygotowuje się do tego latami. Najpierw jest weryfikacja predyspozycji podczas egzaminów na studia, następnie lata nauki kompozycji i formy, potem przychodzi czas na praktykę zawodową, egzaminy itd. W rezultacie wyczucie przestrzeni przez taką osobę jest trochę inne niż kogoś, kto skończył budownictwo czy ochronę środowiska. Niczego oczywiście tym ważnym kierunkom nie odbierając. Myślę, że świadomość tego problemu w społeczeństwie jest niewielka.

Dlatego nie bałbym się o architekturę tworzoną przez architektów. Wydaje mi się, że ktoś kto trafia do tego zawodu, z reguły jest też pasjonatem tego, co robi. Każdemu zależy na tym, aby efekt jego pracy był jak najlepszy i pod tym względem myślę, że nie odstajemy od innych krajów. Natomiast mamy niestety stosunkowo niewielki wpływ na chaos wokół. I mimo, że wykonaliśmy jako kraj gigantyczny skok, to nadal jest tu bardzo dużo do zrobienia.

I tu znowu wracamy do tego, że architekt musi poświęcać swoją energię, by walczyć, przekonywać, udowadniać?

Tak, dokładnie.

Dziękuję za rozmowę.

0 Nie ma jeszcze komentarzy. Kliknij i dodaj pierwszy!